Jak zarabia się ludziom w „płytach”

Harowaliśmy jak woły, ponad zakres naszych obowiązków, nasze prośby o podwyżki nie skutkowały. Uznaliśmy, że sami sobie wypłacimy nagrody – tłumaczą zagarnięcie ponad 900 tys. zł byli szefowie Koniecpolskich Zakładów Płyt Pilśniowych.

Przed Sądem Okręgowym w Częstochowie rozpoczął się proces trojga członków ścisłego kierownictwa Koniecpolskich Zakładów Płyt Pilśniowych z lat 2006-2008. W lutym 2007 r. zakład z Koniecpola zawarł umowę z ING Bankiem Śląskim na prowadzenie rachunku. Miały nań wpływać zyski z tzw. opcji walutowych. Dostęp do konta mieli dyrektor finansowy Robert S., prezes Jan G. i główna księgowa Stanisława W. W latach 2006-2008 w wyniku transakcji finansowych na opcjach walutowych na konto spółki trafiło ponad 900 tys. zł. Robert S. uznał, że nie warto tych pieniędzy przekazywać firmie. Przelał z firmowego konta na swój rachunek bankowy nie mniej niż 528 tys. zł. Wykorzystał przy tym hasło elektroniczne przyznane przez bank prezesowi G. i księgowej W.

 

Jesienią 2007 r. przyznał się do przywłaszczenie pieniędzy wybierającemu się na emeryturę Janowi G. i księgowej. Wyjawił, że przywłaszczenie firmowych pieniędzy rok wcześniej nie zostało wykryte. Namówił prezesa, aby ten też sobie uszczknął trochę kasy. Na konto prezesa wpłynęło w sumie 200 tys. zł. Księgowa w ten sposób zarobiła 60 tys. zł.

– Pierwotnie chciałem zwrócić pieniądze, ale wobec konieczności zwrócenia pożyczek wielu osobom wpadłem w pętlę zadłużenia i amok – tłumaczył się Robert S. na sali rozpraw. – Pomimo mojego zaangażowania w firmę oraz próśb o podwyżkę nie znajdowałem zrozumienia u właściciela. Widząc, jak funkcjonuje firma, usprawiedliwiałem się wewnętrznie – mówił w sądzie.

Podobnie podczas rozprawy rozumował Jan G. – Angażowałem się w postępowanie układowe, wykorzystując osobiste znajomości, jeździłem do wierzycieli osobiście i namawiałem do układu. Nie mówiąc już o wielu rozwiązaniach technicznych mojego autorstwa, które przynosiły zakładowi milionowe oszczędności. Od właściciela nie usłyszałem nawet „dziękuję”. Te pieniądze traktowałem jako nagrodę za swoje zaangażowanie – tłumaczył były prezes „Płyt”, dlaczego bez większych oporów przystał na propozycję Roberta S.

Jako jedyna nie przyznaje się do winy Stanisława W. Uparcie twierdzi, że 60 tys. potraktowała jako pożyczkę. Oddała ją po półtora roku z odsetkami. Pieniądze oddał też Jan G. Robertowi S. sprawę cywilną o zwrot ponad 800 tys. zł wytoczyła spółka windykacyjna, którą zaangażowały Zakłady Płyt Pilśniowych. Nieprawomocny wyrok na niekorzyść byłego dyrektora finansowego zapadł na początku grudnia. Robert S. wyrok zaskarżył. Nim to jednak nastąpiło, na początku 2010 r. zgłosił się do częstochowskiej prokuratury okręgowej i opowiedział, jak wyprowadzał pieniądze z koniecpolskiej spółki. Prokuraturze wyjawił też mechanizmy działania głównego akcjonariusza, który dążył do przejęcia pełnej kontroli nad spółką, oraz jak marginalizowano znaczenie przedstawicieli skarbu państwa. Rewelacje Roberta S. na tyle były dla śledczych zajmujące, że w październiku wyłączono do odrębnego postępowania materiały dotyczące działania na szkodę KZPP Koniecpol przez osoby zasiadające w radzie nadzorczej i wyrządzenia szkody majątkowej w wielkich rozmiarach.

źródło Gazeta Wyborcza Częstochowa

Share This:

Comments

comments

Booking.com

Dodaj komentarz